11/20/2015
#FreelanceIsntFree czyli jak to się robi za wielką wodą
0 Komentarze
"To takie proste zleconko, pewnie machnęła to Pani w 15 minut", "500 zł? Przecież takie logo to chwila moment się robi", "Będzie do portfolio".
O tym, że wielu klientów stawia znak równości pomiędzy freelancerem a wolontariuszem, wiadomo w całej branży jak ona długa i szeroka.
Co robimy z tym faktem w Polsce? Niewiele. A tymczasem w Stanach...
Członkostwo w organizacji jest w 100% darmowe. Dodatkowo amerykańscy freelancerzy, którzy się na nie zdecydują, otrzymują możliwość wykupienia pakietów ubezpieczeniowych (medyczne, dentystyczne, emerytalne) po preferencyjnych cenach, darmowe porady prawne, kartę członkowską uprawniającą do zniżek u partnerów, dostęp do platformy online oraz możliwość uczestnictwa w wielu spotkaniach i programach networkingowych.
Całkiem nieźle, prawda?
Po zebraniu zatrważających danych, wg których 77% freelancerów cierpi na skutek braku lub opóźnień w płatnościach, Freelancers Union postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.
W październiku ruszyła akcja #FreelanceIsntFree której celem jest zwrócenie uwagi społeczeństwa oraz organów rządowych na problem braku płatności z którym zmagają się freelancerzy. W jej ramach odbywają się spotkania na terenie całego kraju oraz prowadzona jest szeroko zakrojona kampania w mediach społecznościowych.
Akcja jest szeroko komentowana w tradycyjnych mediach i na blogach, więc jej główny cel został już osiągnięty.
Ba! Zainteresował się nią nawet sam Prezydent Obama.
Zazdrośnie spoglądam na kolegów i koleżanki z USA, i marzę o polskim stowarzyszeniu freelancerów. Takim z prawdziwego zdarzenia - oferującym realne wsparcie i pomoc.
Całkiem niedawno rozpoczęło działalność Stowarzyszenie Samozatrudnieni, ale niestety nie jest ono specjalnie aktywne, a na dodatek członkostwo w nim jest płatne.
Ile? Nie mam bladego pojęcia. I wcale nie mam ochoty się dowiadywać, ponieważ Stowarzyszenie w zamian za nasze pieniążki nie oferuje nic.
Cóż, jaki kraj, takie Stowarzyszenie.
A może zamiast marzyć i narzekać, lepiej samej zakasać rękawy i założyć działalność non-profit? Hm. Co wy na to?
O tym, że wielu klientów stawia znak równości pomiędzy freelancerem a wolontariuszem, wiadomo w całej branży jak ona długa i szeroka.
Co robimy z tym faktem w Polsce? Niewiele. A tymczasem w Stanach...
Freelancers Union
Organizacja non-profit, powstała w 2001 roku w Nowym Jorku. Jej założycielką jest Sarah Horowitz, prawniczka specjalizująca się w prawie pracy. W chwili obecnej organizacja liczy 278 503 członków - dane są dostępne na stronie Freelancers Union.Członkostwo w organizacji jest w 100% darmowe. Dodatkowo amerykańscy freelancerzy, którzy się na nie zdecydują, otrzymują możliwość wykupienia pakietów ubezpieczeniowych (medyczne, dentystyczne, emerytalne) po preferencyjnych cenach, darmowe porady prawne, kartę członkowską uprawniającą do zniżek u partnerów, dostęp do platformy online oraz możliwość uczestnictwa w wielu spotkaniach i programach networkingowych.
Całkiem nieźle, prawda?
#FreelanceIsntFree
Po zebraniu zatrważających danych, wg których 77% freelancerów cierpi na skutek braku lub opóźnień w płatnościach, Freelancers Union postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.
W październiku ruszyła akcja #FreelanceIsntFree której celem jest zwrócenie uwagi społeczeństwa oraz organów rządowych na problem braku płatności z którym zmagają się freelancerzy. W jej ramach odbywają się spotkania na terenie całego kraju oraz prowadzona jest szeroko zakrojona kampania w mediach społecznościowych.
Akcja jest szeroko komentowana w tradycyjnych mediach i na blogach, więc jej główny cel został już osiągnięty.
Ba! Zainteresował się nią nawet sam Prezydent Obama.
A tymczasem w Polsce...
Zazdrośnie spoglądam na kolegów i koleżanki z USA, i marzę o polskim stowarzyszeniu freelancerów. Takim z prawdziwego zdarzenia - oferującym realne wsparcie i pomoc.
Całkiem niedawno rozpoczęło działalność Stowarzyszenie Samozatrudnieni, ale niestety nie jest ono specjalnie aktywne, a na dodatek członkostwo w nim jest płatne.
Ile? Nie mam bladego pojęcia. I wcale nie mam ochoty się dowiadywać, ponieważ Stowarzyszenie w zamian za nasze pieniążki nie oferuje nic.
Cóż, jaki kraj, takie Stowarzyszenie.
A może zamiast marzyć i narzekać, lepiej samej zakasać rękawy i założyć działalność non-profit? Hm. Co wy na to?


